wtorek, 31 stycznia 2017

I 1 I Evan

Nie mam pojęcia, w jaki sposób znalazłem się w obskurnym gabinecie, placówki dla nie-pełno-ogarniętej-młodzieży. Przełożyłem nogę na nogę i wpatrywałem się uparcie w ekran zablokowanego telefonu ze znudzoną miną. Mimo że nie wyglądałem z pewnością na zestresowanego tą całą irrealną sytuacją, nie byłem wstanie chociażby przeglądać tablicę znajomych, których możliwe, że nie zobaczę przez najbliższy czas. Druga ręka była ściskana przez moją rodzicielkę, która pomimo to, że uznała, iż dostałem to, co mi  się należało od dłuższego czasu, była załamana. Pojedyncze łzy spływały po jej czerwonych policzkach. Zadawała kolejne pytania łysiejącemu dyrektorowi, który był ubrany w lekko za ciasny garnitur, a jego... zapachem bym tego nie nazwał, przychodził na myśl skoszoną trawę, mokrego psa oraz nutkę spalenizny. Na szczęście, w momencie, gdy miałem już ochotę warknąć na tę dwójkę, starszy mężczyzna w stanął zza biurka, zasłoniętego masą papierów, spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem i wskazał drzwi. Zanim jednak wyszedłem, zabrał mocno ściskane przeze mnie urządzenie. Spojrzałem ostatni raz na telefon, który był ostatnią rzeczą przypominającą o tym, że dalej coś znaczę. Z zaciśniętymi ustami, oddałem go w ręce mężczyzny i kopiąc leżący koło drzwi, kosz na śmieci, wyszedłem na korytarz, trzaskając głośno drzwiami.


-Na pewno nikogo tam nie ma?-drobna brunetka zadawała po raz kolejny to samo pytanie. Nic dziwnego, chyba pierwszy raz robiła to, czego jej rodzice by nie pochwalili.
-Oczywiście, nie masz czym się przejmować, Queenie- wyszczerzyłem do niej szereg białych zębów i obiegłem ją ramieniem. Na co dziewczyna lekko się speszyła, powodując większy uśmiech na mojej twarzy.- Po pierwszej butelce, będzie o wiele lepiej.
Szliśmy na początku pochodu, składającego się z sześciu osób. Dalej trzymałem dziewczynę w objęciach, skupiając prawie całą swoją uwagę na niej, odpowiadając od czasu do czasu znajomym, którzy wykrzykiwali przeróżne rzeczy, będąc już najwyraźniej lekko wstawionym. Zanim doszliśmy do domu, w którym mieliśmy się trochę zabawić, było już kompletnie ciemno. Jedynie co oświetlało drogę, przez mniej uczęszczaną część miasta, były pojedyncze lampy stojące, przy pustej ulicy. Tak jak zaplanowaliśmy, dom był zupełnie pusty, w żądnym oknie nie paliło się światło. Może nie o tyle, że nie chciałem brudzić sobie palców, wolałem spędzić każdą wolną chwilę przy dziewczynie, która najwyraźniej odwzajemniała zainteresowanie moją osobą. Grzecznie poprosiłem Matta, wysokiego blondyna, aby zajął się wejściem do domu. Do moich uszu, dobiegł dźwięk tłuczonego szkła, a chwilę później drzwi wejściowe otworzyły się. Dałem odetchnąć na chwilę brunetce, chcąc przyjrzeć się lepiej wnętrzu dużego domu, które nie było szczególnie przytulne, jednak nie zależało nam, by posiedzieć w luksusach, tylko po prostu się napić  a później możliwe, że coś jeszcze. Wparowałem do salonu, w którym znajdowały się dwie, bordowe kanapy, idealnie pasujące do wzorzystej tapety. Praktycznie rzuciłem się na jedną z nich, rozciągnąłem  się i chwyciłem od razu po jedną butelkę czystej wódki. Odkręciłem korek i upiłem duży łyk odpowiednika ambrozji. Wzdrygnąłem się, gdy płyn zapiekł mnie w gardle, jednak wziąłem jeszcze jednego, i przyłożyłem ją Queenie do ust, która najwyraźniej, wolała spędzić ten czas ze mną, niż z resztą moich przemiłych kolegów. Uniosłem brwi, kiedy niepewnie chwyciła butelkę i popatrzyła na mnie. Jednak po chwili, przycisnęła wódkę do ust i wzięła niewielkiego łyka. Głośno odkaszlnęła, a jej oczy lekko się zaszkliły, co spowodowało u mnie parsknięcie śmiechem. Rzuciła mi oskarżycielskie spojrzenie, muszę przyznać, że wyglądała naprawdę uroczo. Zabrałem butelkę z jej dłoni i wziąłem kolejnego łyka.
Mimo że pierwotnie miałem po prostu napić się ze znajomymi, zielonooka zmieniła moje plany. Kiedy kończyliśmy butelkę, byłem już lekko wstawiony, noo dobrze, bardzo wstawiony, tak samo, jak brunetka. Zaczęliśmy na kanapie, a skończyliśmy w jakimś pokoju gościnnym, tak mi się wydaję, na jednym łóżku. Może i liczyłem na coś więcej, niż na poleżeniu razem, dziewczyna zaczęła cicho chrapać, momencie gdy zacząłem rozwiązywać swoje buty. Zażenowany, zakląłem pod nosem i wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami. Moja ochota na wszystko wyparowała wraz z odgłosami śpiącej dziewczyny. Zadzwoniłem po taksówkę i postanowiłem wrócić do domu. Moja matma raczej nie będzie szczęśliwa z takiego widoku, jednak nie zamierzam tutaj zostać ani chwili dłużej. Wyciągnąłem telefon i z plączącym językiem podałem adres ulicy. Przyglądałem się nieprzytomnym wzrokiem pomieszczeniu. Połowa osób poznikała, reszta leżała niczym martwa  na podłodze, wraz z pustymi butelkami.
Na moim zegarku była godzina wpół do trzeciej, gdy poczułem swąd spalenizny. Mimowolnie, poszedłem za nasilającym się zapachem. Gdy otworzyłem jeden z pokojów, gdzie znajdowała się tona książek, wytrzeszczyłem oczy, gdy ujrzałem, że połowa pokoju praktycznie była już zajęta ogniem. Na słabych nogach, pognałem do wyjścia, wrzeszcząc do osób spotkanych po drodze, że musimy się wynosić. Praktycznie wybiegłem z domu, nie mogąc uwierzyć, że taksówka właśnie w tym momencie przyjechała. Wskoczyłem do czarnego, wąskiego samochodu i ze strachem w glosie, nakazałem jechać taksówkarzowi na podany adres. Odetchnąłem z ulgą, gdy znaleźliśmy się parę kilometrów zdała od tego miejsca. Po 20 minutach znaleźliśmy się przed wejściem do mojego domu. Zapłaciłem mężczyźnie, mówiąc szczerze, nie pamiętam ile. Zakląłem pod nosem, gdy starałem się wepchnąć klucz  do dziurki od zamka. Wreszcie udało mi się wcelować i nie przejmując się nawet zamykaniem ich z drugiej strony, powędrowałem na drugie piętro do mojego pokoju. Nie zdejmując nawet butów czy kurtki, opadłem na wygodne łóżko i zasnąłem momentalnie.


Obudziły mnie głośne szlochy dochodzące z dołu. Bez wątpienia należały do mojej matki. Zerwałem się z łóżka i praktycznie podbiegłem do okna. Podparłem ręce na parapecie i próbowałem dojrzeć cokolwiek. Moje serce zamarło, gdy ujrzałem policyjny samochód przed moim domem. Ponownie wróciłem do mojego łóżka, jednak w pozycji siedzącej. Podparłem głowę rękoma, która bezwładnie uginała się w stronę kolan. Pomimo ogromnej ilości alkoholu doskonale pamiętałem każdy szczegół z wczorajszej nocy. Nie byłem wstanie się ruszyć. Płacz kobiety, którego nie było widać końca, potęgował ból mojej głowy. Spodziewałem się, że za moment przez drzwi wparuje dwójka funkcjonariuszy policji, w nieskazitelnych mundurach, opiętych na ich muskularnych ciałach, z długą brodą i wąsami oraz brutalnie wpakują mnie do niebiesko-srebrnego samochodu. Jednak wyglądało to inaczej. Po kwadransie dalej nie słyszałem stukotu towarzyszącego wchodzeniu po schodach. Nieśmiało uchyliłem drzwi od mojego pokoju. Wzrok mojej rodzicielki, która miała podpuchnięte oczy od płaczu, oraz dwójki policjantów różniących się sporo od tych z mojej wyobraźni, zwróciły  się na mnie.
-Chodź tutaj, Evan.- w jej głosie było można usłyszeć smutek i rozczarowanie.
Posłusznie podreptałem w ich stronę, zatrzymując się na moment przy ogromnym lutrze.  Na mojej bladej twarzy, która w tym momencie była jeszcze bardziej białą, odbijało się zmęczenie, kręcone włosy znajdowały się w większym nieładzie niż zwykle, a wczorajsze ubrania były wymiętolone i niepachnące tak dobrze, jak wcześniej, co pewnie było zasługą alkoholu. Raczej nie będzie to przemawiać na moją korzyść.
-Coś się stało?- próbowałem przybrać najbardziej znudzoną minę, na jaką było mnie stać.
Nie dostałem żadnych wyjaśnień, tylko zostałem grzecznie poproszony o udanie się wraz z mężczyznami na komendę. Ten wyższy, z gładko ogoloną twarzą oraz różowych policzkach, chwycił mnie pewną dłonią za ramię i wyprowadził.
W momencie, gdy zostałem prawie wepchnięty do środka pojazdu, moja matka chwyciła mnie za skrawek kurtki. Spojrzałem na nią, z nadzieją, że zaśmieje się sztucznie i oznajmi, że to był tylko żart. Jednak nie to wydobyło się z jej ust.
-Mogę przynajmniej zawieźć syna swoim samochodem?-kobieta przeniosła wzrok na policjanta, który niewzruszony na jej zawodzenie, odmówił.
Podczas drogi na komendę, tępo wpatrywałem się w okno, nie skupiając większej uwagi na niczym.

Wiedziałem, że upieranie się, iż byłem kompletnie w innym miejscu i nie mam nic wspólnego z tym wszystkim, było bezsensowne. Mimo tego, że znam większość moich znajomych kilka lat, wątpiłem, aby żaden z nas nie wolał podzielić się wszystkimi szczegółami, w zamian za lżejszą karę. Potwierdziłem tezę, iż włamałem się do tego domu, jednak nie mam nic wspólnego ze spaleniem domu. Odetchnąłem też z ulgą, słysząc, że nikomu się nic nie stało.


Parę godzin później, wyszedłem z budynku wraz z matką. Do czasu rozprawy w sądzie, mogłem nacieszyć się ostatnimi dniami wolności. Gdy wreszcie znalazłem się w naszym samochodzie, odetchnąłem głośno i odwróciłem głowę w prawą stronę, nie mając odwagi nawet spojrzeć na nią kątem oka.  Niestety na dłuższych światłach, przerwała tak bardzo upragnioną mi, ciszę.
-Wszystko potrafisz zepsuć, Evan.-nie wiedziałem, co powiedzie.- Ile razy powtarzałam, że skończy się to w taki sposób dla ciebie. Tym razem dostaniesz to, na co zasłużyłeś.
-Przecież już mówiłem, że to nie była tym razem moja wina, że ten dom się sfajczył.-syknąłem, dalej nie odrywając nosa od prawej szyby.
-Oczywiście, ostatnim razem, gdy wróciłeś z poobijaną twarzą, to też nie była twoja wina.
-To było co innego.-parsknąłem śmiechem.-Ja nawet nie palę. Nie wiem, chyba nie uważasz, że jestem aż tak głupi, by podpalić coś dla zabawy.
-To cię bawi? Myślałam, że chociaż czegoś cię to nauczy.- słyszałem, że znowu zbiera się jej na płacz, mimo to nie odpuszczałem.
-Nic się do cholery nie stało przecież.- dużo ode mnie wymagało, by po prostu nie wyjść z samochodu i głośno trzasnąć drzwiami. Zamiast tego, tylko mocno szarpnąłem pasem.
Kobieta przetarła lewą ręką oczy i więcej się do mnie nie odezwała.


Czas do rozprawy spędziłem głównie w swoim pokoju, nie mając ochoty na rozmowę z kimkolwiek, a zwłaszcza z moją matką, która zagroziła, że jeśli opuszczę dom, zadzwoni na policje. Nie brałem tego na poważnie, ale jednak nie chciałem sprawdzać, czy jest w stanie to zrobić.
Dzień rozprawy nie był za ciekawym doświadczeniem. Nie licząc nakazu sądu o umieszczenie mnie w zakładzie poprawczym, skończyłem z czerwonym policzkiem, który odczuwałem do końca tego paskudnego dnia. Cudowna Queenie, z feralnego wieczoru, oczywiście zarówno jak matka, obwiniła mnie o to, że zniszczyłem jej życie. Wzruszyłem tylko lekko ramionami i ją zostawiłem. 


W taki sposób stoję przed drzwiami pomieszczenia, które będzie moim domem przez najbliższy czas. Zanim nacisnąłem klamkę, rozejrzałem się po pustym korytarzu, który w tym tej chwili przypominał mi scenerie z kiczowatego horroru. Popchnąłem drzwi i odetchnąłem z ulgą, nie widząc w środku nikogo innego. Normalnie cieszyłbym się z towarzystwa, ale mało prawdopodobne, że dzieliłbym pokój z jakimś nerdem, który został tu umieszczony, bo nie chciało mu się chodzić do szkoły. Mimo że znajdowało się tutaj wszystko podwójnie, cieszyłbym się z, chociaż paru dni bezpieczeństwa.



niedziela, 29 stycznia 2017

Jesse ~1

Wszystko zaczęło się dość normalnie, zwykły dzień jednego z najpopularniejszych chłopaków w szkole. Właśnie wtedy dostałem zaproszenie na imprezę od dziewczyny, w której zakochał się mój najlepszy przyjaciel, Oliver. Nie był on osobą zbytnio towarzyską, ale znaliśmy się od dzieciństwa i spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę.
-W końcu beze mnie tam będzie nudno, co nie? -powiedziałem przyjmując zaproszenie od uroczej niewysokiej blondynki, która na twarzy miala szeroki usmiech, jednak w tamtym momencie nie potrafiłem przypomnieć sobie jej imienia.
Szedłem z kartką papieru przez szkolny korytarz do swojej szafki, w której znajdowało się dużo moich rysunków przywieszonych dość niedawno. Po jej otwarciu zacząłem się im przyglądać z dumą i nagle podbiegł do mnie dużo niższy chłopak o czarnych włosach oraz niebieskich oczach, przy okazji odrobinę mnie przestraszył
-To twoje Jesse? - mówił Oli z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Ach...- westchnąłem po czym szybko zamknąłem szafkę próbując ukryć naklejone obrazki - Nie.. znalazłem to gdzieś.
-Co to za kartka?- zapytał z zaciekawioną miną
-Zaproszenie na imprezę od tej małej blondynki, nie pamiętam jak miała na imię, myślałem że ty też...- w tym momencie zobaczyłem zrezygnowaną twarz Olivera - w sumie mogę zabrać cię ze sobą, nie sądzę by miała coś przeciwko, wygląda na miłą osobę.
-Naprawdę? Zrobiłbyś to dla mnie? -kiedy to powiedział na jego twarzy znów zagościł szeroki uśmiech.



W sumie tak to się zaczęło, później poszliśmy na tą imprezę i wyszło na to, że wszyscy dość dużo wypili, szczerze mówiąc, nie do końca tam mi się podobało, całkowicie nie moja bajka. 

W pewnym momencie przyszła Alex, organizatorka imprezy, w końcu udało mi się zapamiętać jej imię, bo tego wieczoru Oliver wypowiadał je 329849023 razy. Muszę powiedzieć, że w tamtym momencie nie był sobą, nawet zaproponował mi coś w rodzaju gry z której nie byłem do końca zadowolony, ale jestem osobą, która nie lubi przechodzić obojętnie, gdy ktoś rzuca mi wzywanie.
-Wiem, że nie byłbyś zdolny przyjść do szkoły przebrany za kobietę.- mówiąc to na tyle głośno, że większość osób zwróciła na nas uwagę, dosłownie na sekundę zerknął w stronę Alex, żeby sprawdzić czy ona też tego nie zrobiła i tak właśnie się stało. Wszyscy patrzyli na nas z zaciekawieniem i czekali na moją odpowiedź, nagle do całej tej sprawy wmieszał się Nick, wysoki ubrany w skórzaną kurtkę czarnowłosy dwudziestolatek i powiedział coś w stylu; 
-''Jeśli tego nie zrobisz, dopilnuję żeby moi chłopcy się tobą zajęli'' - patrzył mi prosto w oczy, a ja przypomniałem sobie te wszystkie plotki o jego kolegach. 
W naszej szkole mówiono, że są oni dość niebezpieczni (no i to, że lubią ładnych chłopców, takich jak ja). W sumie nie do końca się tym przejąłem i nawet bez takiej ''zachęty'' uznałem to za całkiem zabawne.
-Dla mnie nie ma problemu- powiedziałem to nie przejmując się Nickiem i patrząc prosto w oczy Olivera, byłem trochę zły, ale pomyślałem, że to dla mnie nic szczególnego.

Po paru godzinach impreza dobiegła końca, była dość nudna, Nick ze swoimi kolegami zaczęli demolować dom Alex, więc dziewczyna grzecznie wyprosiła ich stamtądZa nimi wyszło pełno osób, najprawdopodobniej byli razem z nimi. Blondynka od tamtego zdarzenia przez cały czas patrzyła na mnie, szczerze mówiąc nie chciałem tego, przecież powinna zwrócić uwagę na Olivera. 

Po chwili spojrzałem na niego i uznałem, że dla niego także jest to koniec imprezy, nie wyglądał zbyt dobrze, więc zabrałem go ze sobą do domu. 
Dwa dni później postanowiłem spełnić zadanie, które zlecił mi mój przyjaciel, myślałem, że dla kogoś takiego jak ja nie jest to ciężkie wyzwanie. W tamtym momencie cieszyłem się, że mieszkam sam i z tego, że nie muszę dzielić mieszkania ze swoim bogatym, myślącym tylko o sobie ojcem. W sumie dobrze, bo nie chciałbym, żeby ktokolwiek zobaczył mnie w damskich ubraniach, szczególnie on. 
Znalazłem jakieś rzeczy pozostawione przez moją siostrę, nawet nie pamiętam w jakim kolorze i szybko ubrałem na siebie, nie wyglądałem tak źle, pomyślałem coś w stylu; 
''Nawet jako dziewczyna byłbym zajebisty'' i wyszedłem z domu, jak gdyby nigdy nic, szedłem do szkoły i po jakiś 10 minutach na placu spotkałem Olivera i młodszych ''chłopców'' Nicka. Oliver spojrzał na mnie, jakby zobaczył ducha, po czym tamci zaczęli śmiać się ze mnie i wzywać, a on do nich dołaczył. Byłem zły, cholernie zły, zrobiłem to tylko dlatego, żeby jakaś blondynka, której imienia nie potrafię do końca zapamiętać zwróciła na niego uwagę, a on zachował się tak jakby nigdy mnie nie znał, jakbym był dla niego zwykłym śmieciem. Pomyślałem, że mam wyjebane na to całe ich wyzwanie i poszedłem do domu, nie mogłem tego wszystkiego dłużej słuchać. Kolejnego dnia było to samo chociaż przyszedłem normalnie, ubrany w czarne spodnie i koszulkę, najprawdopodobniej koszulka zespołu Iron Maiden, bo była to jedna z moich ulubionych. 
Oni nadal się ze mnie naśmiewali, wyzywali, bywało też tak, że przychodziłem poobijany ze szkoły. Przez ten cały czas ta sama blondynka patrzyła jak przez to przechodzę, nie wiem czego chciała, mam nadzieję, że nigdy nie będę miał z nią zadnego blizszego kontaktu.

Po kilku dniach nieobecnosci w szkole odrobine wstawiony, poszedłem tam tylko po to by zawołać tego smiecia, Olivera. Wyglądał jakby miał zaraz zemdleć, nie było z nim dobrze kiedy usłyszał jak wołam go po imieniu i każę mu do siebie podejść. Szedł za mną aż do momentu gdy wyszliśmy z budynku szkoły i nagle zadzwonił dzwonek. Wtedy patrząc mu prosto w oczy zdzieliłem go na tyle mocno, że stracił przytomność. Przytargałem go do mojej piwnicy, co było dość prostym zadaniem, bo należał do drobnych osób. 

Przywiązałem go tak aby nie mógł się stamtąd wydostać, po czym pomalowałem go czerwoną szminką mojej siostry. Czekałem aż się ocknie, a kiedy tak się stało wziąłem do ręki garść tabletek.
-CO TY ROBISZ?!- zapytał ze strachem w oczach
-A jak myślisz?- zwyczajnie powiedziałem z obojętnym wyrazem twarzy patrząc mu prosto w oczy po czym zawiązałem mu je czarną chustą.
-PRZEPRASZAM...- wykrzyczał przerażony
Zacząłem mu wpychać do buzi garść tabletek, które wypluwał i wtedy zobaczyłem, że chusta jest cała mokra od jego łez. Gorączkowo zaczął się tłumaczyć, że tamci mu grozili, ale mnie to nie obchodziło, chciałem zemsty, tylko jego strach był dla mnie satysfakcjonujący w tamtym momencie. Nagle wpadło do pomieszczenia paru policjantów, którzy mierzyli do mnie z pistoletów, a ja podniosłem ręce  w górę wyrzucając z nich tabletki. Wtedy chyba urwał mi się film, bo nie do końca pamiętam co zdarzyło się dalej, pamiętam tylko rozmowę z moim ojcem, mówił, że wyciągnie mnie z tego, ale nie obejdzie się bez kary. 
Tak właśnie trafiłem do szkoły dla nastolatków, którzy dokonali pewnych przewinień, co moim zdaniem było dla mnie dość łagodną karą, ale od czego są bogaci rodzice, prawda? Wtedy pomyślałem, że nie jest tak źle, w końcu nikogo nie zabiłem (chyba) jedyne czego chciałem to odrobinę go nastraszyć, w sumie nie widziałem Olivera od tamtego czasu i myślę, że nigdy więcej nie będziemy chcieli się spotkać, a tego co zrobiłem, nie żałuję ani trochę.