Nie mam pojęcia, w jaki sposób znalazłem się w obskurnym gabinecie,
placówki dla nie-pełno-ogarniętej-młodzieży. Przełożyłem nogę na nogę i
wpatrywałem się uparcie w ekran zablokowanego telefonu ze znudzoną miną.
Mimo że nie wyglądałem z pewnością na zestresowanego tą całą irrealną sytuacją,
nie byłem wstanie chociażby przeglądać tablicę znajomych, których
możliwe, że nie zobaczę przez najbliższy czas. Druga ręka była ściskana
przez moją rodzicielkę, która pomimo to, że uznała, iż dostałem to, co
mi się należało od dłuższego czasu, była załamana. Pojedyncze łzy
spływały po jej czerwonych policzkach. Zadawała kolejne pytania
łysiejącemu dyrektorowi, który był ubrany w lekko za ciasny garnitur, a
jego... zapachem bym tego nie nazwał, przychodził na myśl skoszoną
trawę, mokrego psa oraz nutkę spalenizny. Na szczęście, w momencie, gdy
miałem już ochotę warknąć na tę dwójkę, starszy mężczyzna w stanął zza
biurka, zasłoniętego masą papierów, spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem i
wskazał drzwi. Zanim jednak wyszedłem, zabrał mocno ściskane przeze
mnie urządzenie. Spojrzałem ostatni raz na telefon, który był ostatnią
rzeczą przypominającą o tym, że dalej coś znaczę. Z zaciśniętymi ustami,
oddałem go w ręce mężczyzny i kopiąc leżący koło drzwi, kosz na śmieci,
wyszedłem na korytarz, trzaskając głośno drzwiami.

-Na
pewno nikogo tam nie ma?-drobna brunetka zadawała po raz kolejny to
samo pytanie. Nic dziwnego, chyba pierwszy raz robiła to, czego jej
rodzice by nie pochwalili.
-Oczywiście, nie masz czym się
przejmować, Queenie- wyszczerzyłem do niej szereg białych zębów i
obiegłem ją ramieniem. Na co dziewczyna lekko się speszyła, powodując
większy uśmiech na mojej twarzy.- Po pierwszej butelce, będzie o wiele
lepiej.
Szliśmy na początku pochodu, składającego się z sześciu
osób. Dalej trzymałem dziewczynę w objęciach, skupiając prawie całą
swoją uwagę na niej, odpowiadając od czasu do czasu znajomym, którzy
wykrzykiwali przeróżne rzeczy, będąc już najwyraźniej lekko wstawionym.
Zanim doszliśmy do domu, w którym mieliśmy się trochę zabawić, było już
kompletnie ciemno. Jedynie co oświetlało drogę, przez mniej uczęszczaną
część miasta, były pojedyncze lampy stojące, przy pustej ulicy. Tak jak
zaplanowaliśmy, dom był zupełnie pusty, w żądnym oknie nie paliło się
światło. Może nie o tyle, że nie chciałem brudzić sobie palców, wolałem
spędzić każdą wolną chwilę przy dziewczynie, która najwyraźniej
odwzajemniała zainteresowanie moją osobą. Grzecznie poprosiłem Matta,
wysokiego blondyna, aby zajął się wejściem do domu. Do moich uszu,
dobiegł dźwięk tłuczonego szkła, a chwilę później drzwi wejściowe
otworzyły się. Dałem odetchnąć na chwilę brunetce, chcąc przyjrzeć się
lepiej wnętrzu dużego domu, które nie było szczególnie przytulne, jednak
nie zależało nam, by posiedzieć w luksusach, tylko po prostu się napić
a później możliwe, że coś jeszcze. Wparowałem do salonu, w którym
znajdowały się dwie, bordowe kanapy, idealnie pasujące do wzorzystej
tapety. Praktycznie rzuciłem się na jedną z nich, rozciągnąłem się i
chwyciłem od razu po jedną butelkę czystej wódki. Odkręciłem korek i
upiłem duży łyk odpowiednika ambrozji. Wzdrygnąłem się, gdy płyn zapiekł
mnie w gardle, jednak wziąłem jeszcze jednego, i przyłożyłem ją Queenie
do ust, która najwyraźniej, wolała spędzić ten czas ze mną, niż z
resztą moich przemiłych kolegów. Uniosłem brwi, kiedy niepewnie chwyciła
butelkę i popatrzyła na mnie. Jednak po chwili, przycisnęła wódkę do
ust i wzięła niewielkiego łyka. Głośno odkaszlnęła, a jej oczy lekko się zaszkliły, co spowodowało u mnie parsknięcie śmiechem. Rzuciła mi
oskarżycielskie spojrzenie, muszę przyznać, że wyglądała naprawdę
uroczo. Zabrałem butelkę z jej dłoni i wziąłem kolejnego łyka.
Mimo
że pierwotnie miałem po prostu napić się ze znajomymi, zielonooka
zmieniła moje plany. Kiedy kończyliśmy butelkę, byłem już lekko
wstawiony, noo dobrze, bardzo wstawiony, tak samo, jak brunetka.
Zaczęliśmy na kanapie, a skończyliśmy w jakimś pokoju gościnnym, tak mi
się wydaję, na jednym łóżku. Może i liczyłem na coś więcej, niż na
poleżeniu razem, dziewczyna zaczęła cicho chrapać, momencie gdy
zacząłem rozwiązywać swoje buty. Zażenowany, zakląłem pod nosem i
wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami. Moja ochota na wszystko
wyparowała wraz z odgłosami śpiącej dziewczyny. Zadzwoniłem po taksówkę i
postanowiłem wrócić do domu. Moja matma raczej nie będzie szczęśliwa z
takiego widoku, jednak nie zamierzam tutaj zostać ani chwili dłużej.
Wyciągnąłem telefon i z plączącym językiem podałem adres ulicy.
Przyglądałem się nieprzytomnym wzrokiem pomieszczeniu. Połowa osób
poznikała, reszta leżała niczym martwa na podłodze, wraz z pustymi
butelkami.
Na moim zegarku była godzina wpół do trzeciej, gdy
poczułem swąd spalenizny. Mimowolnie, poszedłem za nasilającym się
zapachem. Gdy otworzyłem jeden z pokojów, gdzie znajdowała się tona
książek, wytrzeszczyłem oczy, gdy ujrzałem, że połowa pokoju praktycznie
była już zajęta ogniem. Na słabych nogach, pognałem do wyjścia,
wrzeszcząc do osób spotkanych po drodze, że musimy się wynosić.
Praktycznie wybiegłem z domu, nie mogąc uwierzyć, że taksówka właśnie w
tym momencie przyjechała. Wskoczyłem do czarnego, wąskiego samochodu i
ze strachem w glosie, nakazałem jechać taksówkarzowi na podany adres.
Odetchnąłem z ulgą, gdy znaleźliśmy się parę kilometrów zdała od tego
miejsca. Po 20 minutach znaleźliśmy się przed wejściem do mojego domu.
Zapłaciłem mężczyźnie, mówiąc szczerze, nie pamiętam ile. Zakląłem pod
nosem, gdy starałem się wepchnąć klucz do dziurki od zamka. Wreszcie udało
mi się wcelować i nie przejmując się nawet zamykaniem ich z drugiej
strony, powędrowałem na drugie piętro do mojego pokoju. Nie zdejmując
nawet butów czy kurtki, opadłem na wygodne łóżko i zasnąłem
momentalnie.

Obudziły mnie głośne szlochy dochodzące z
dołu. Bez wątpienia należały do mojej matki. Zerwałem się z łóżka i
praktycznie podbiegłem do okna. Podparłem ręce na parapecie i próbowałem
dojrzeć cokolwiek. Moje serce zamarło, gdy ujrzałem policyjny samochód
przed moim domem. Ponownie wróciłem do mojego łóżka, jednak w pozycji
siedzącej. Podparłem głowę rękoma, która bezwładnie uginała się w stronę
kolan. Pomimo ogromnej ilości alkoholu doskonale pamiętałem każdy
szczegół z wczorajszej nocy. Nie byłem wstanie się ruszyć. Płacz
kobiety, którego nie było widać końca, potęgował ból mojej głowy.
Spodziewałem się, że za moment przez drzwi wparuje dwójka
funkcjonariuszy policji, w nieskazitelnych mundurach, opiętych na ich
muskularnych ciałach, z długą brodą i wąsami oraz brutalnie wpakują mnie
do niebiesko-srebrnego samochodu. Jednak wyglądało to inaczej. Po
kwadransie dalej nie słyszałem stukotu towarzyszącego wchodzeniu po
schodach. Nieśmiało uchyliłem drzwi od mojego pokoju. Wzrok mojej
rodzicielki, która miała podpuchnięte oczy od płaczu, oraz dwójki
policjantów różniących się sporo od tych z mojej wyobraźni, zwróciły
się na mnie.
-Chodź tutaj, Evan.- w jej głosie było można usłyszeć smutek i rozczarowanie.
Posłusznie
podreptałem w ich stronę, zatrzymując się na moment przy ogromnym
lutrze. Na mojej bladej twarzy, która w tym momencie była jeszcze
bardziej białą, odbijało się zmęczenie, kręcone włosy znajdowały się w
większym nieładzie niż zwykle, a wczorajsze ubrania były wymiętolone i
niepachnące tak dobrze, jak wcześniej, co pewnie było zasługą alkoholu.
Raczej nie będzie to przemawiać na moją korzyść.
-Coś się stało?- próbowałem przybrać najbardziej znudzoną minę, na jaką było mnie stać.
Nie
dostałem żadnych wyjaśnień, tylko zostałem grzecznie poproszony o
udanie się wraz z mężczyznami na komendę. Ten wyższy, z gładko ogoloną
twarzą oraz różowych policzkach, chwycił mnie pewną dłonią za ramię i
wyprowadził.
W momencie, gdy zostałem prawie wepchnięty do środka pojazdu, moja matka chwyciła mnie za skrawek kurtki. Spojrzałem na nią, z
nadzieją, że zaśmieje się sztucznie i oznajmi, że to był tylko żart.
Jednak nie to wydobyło się z jej ust.
-Mogę przynajmniej zawieźć
syna swoim samochodem?-kobieta przeniosła wzrok na policjanta, który niewzruszony na jej zawodzenie, odmówił.
Podczas drogi na komendę, tępo wpatrywałem się w okno, nie skupiając większej uwagi na niczym.
Wiedziałem,
że upieranie się, iż byłem kompletnie w innym miejscu i nie mam nic
wspólnego z tym wszystkim, było bezsensowne. Mimo tego, że znam
większość moich znajomych kilka lat, wątpiłem, aby żaden z nas nie wolał
podzielić się wszystkimi szczegółami, w zamian za lżejszą karę. Potwierdziłem tezę, iż włamałem się do tego domu, jednak nie mam nic
wspólnego ze spaleniem domu. Odetchnąłem też z ulgą, słysząc, że nikomu się nic nie stało.
Parę godzin później, wyszedłem z
budynku wraz z matką. Do czasu rozprawy w sądzie, mogłem nacieszyć się
ostatnimi dniami wolności. Gdy wreszcie znalazłem się w naszym samochodzie, odetchnąłem głośno i odwróciłem głowę w prawą stronę, nie
mając odwagi nawet spojrzeć na nią kątem oka. Niestety na dłuższych
światłach, przerwała tak bardzo upragnioną mi, ciszę.
-Wszystko
potrafisz zepsuć, Evan.-nie wiedziałem, co powiedzie.- Ile razy
powtarzałam, że skończy się to w taki sposób dla ciebie. Tym razem
dostaniesz to, na co zasłużyłeś.
-Przecież już mówiłem, że to nie
była tym razem moja wina, że ten dom się sfajczył.-syknąłem, dalej nie
odrywając nosa od prawej szyby.
-Oczywiście, ostatnim razem, gdy wróciłeś z poobijaną twarzą, to też nie była twoja wina.
-To
było co innego.-parsknąłem śmiechem.-Ja nawet nie palę. Nie wiem, chyba
nie uważasz, że jestem aż tak głupi, by podpalić coś dla zabawy.
-To
cię bawi? Myślałam, że chociaż czegoś cię to nauczy.- słyszałem, że
znowu zbiera się jej na płacz, mimo to nie odpuszczałem.
-Nic się
do cholery nie stało przecież.- dużo ode mnie wymagało, by po prostu
nie wyjść z samochodu i głośno trzasnąć drzwiami. Zamiast tego, tylko
mocno szarpnąłem pasem.
Kobieta przetarła lewą ręką oczy i więcej się do mnie nie odezwała.
Czas
do rozprawy spędziłem głównie w swoim pokoju, nie mając ochoty na rozmowę z kimkolwiek, a zwłaszcza z moją matką, która zagroziła, że
jeśli opuszczę dom, zadzwoni na policje. Nie brałem tego na poważnie,
ale jednak nie chciałem sprawdzać, czy jest w stanie to zrobić.
Dzień
rozprawy nie był za ciekawym doświadczeniem. Nie licząc nakazu sądu o
umieszczenie mnie w zakładzie poprawczym, skończyłem z czerwonym
policzkiem, który odczuwałem do końca tego paskudnego dnia. Cudowna
Queenie, z feralnego wieczoru, oczywiście zarówno jak matka, obwiniła
mnie o to, że zniszczyłem jej życie. Wzruszyłem tylko lekko ramionami i
ją zostawiłem.
W taki sposób stoję przed drzwiami
pomieszczenia, które będzie moim domem przez najbliższy czas. Zanim
nacisnąłem klamkę, rozejrzałem się po pustym korytarzu, który w tym tej
chwili przypominał mi scenerie z kiczowatego horroru. Popchnąłem drzwi i odetchnąłem z ulgą, nie widząc w środku nikogo innego. Normalnie
cieszyłbym się z towarzystwa, ale mało prawdopodobne, że dzieliłbym
pokój z jakimś nerdem, który został tu umieszczony, bo nie chciało mu się chodzić do szkoły. Mimo że znajdowało się tutaj wszystko podwójnie,
cieszyłbym się z, chociaż paru dni bezpieczeństwa.